...they call me a wild rose... >> sobota, 31 grudnia 2005 16:09:17
Ten kwiat kwitnie nadremnie...
Rozwijał swe listki i wonne płatki z nadzieją, że wzbudzą zachwyt i miłość.
Ale przecież ten kwiat kwitnie nadaremnie,
Bez sensu jest jego urok i woń kusząca.
Na nic tej smutnej róży jej własny czar.
Ta róża kwitnie nadaremnie.
Nikt nigdy nie pochyli się nad nią z miłością.
To przecież niemozliwe, w tym ogrodzie za ruinami zamku.
Pewnej nocy róża zrozumiała, że kwitnie nadaremnie.
I że tylko dusze tych, którzy dawno przeminęli, będą jej towarzyszyć,
Tylko ich duszne cienie bedą przemykać obok niej w księżycowe noce.
W sercu ukrytym pomiędzy jej płatkami zrodziła się myśl,
by przestać roztaczać wokół rozkoszny zapach,
by przestać łudzić się, że ktoś dostrzeże tajemniczy urok jej płatków.
Jednak życie nie może zastygnąć w bezruchu.
Róża wypełniła pustkę swej duszy otaczając swą wątłą łodyżkę kolcami.
Kolce stawały się coraz większe i coraz bardziej przepełnione pragnieniem czynienia zła.
Niewinny kwiat myślał, że stanowią jedynie ochronę przed złem.
Nadeszła noc i kolce stały się niewidoczne w jej mroku.
Sen przyniósł ulgę samotnemu sercu róży.
Rozpłynął się ostatecznie w porannej mgle.
Róża budząc się ujrzała anioła, patrzącego na nią z miłością, jakiej nie zaznała jeszcze nigdy.
Patrzącego na nią martwymi już oczami.
Pierwsze serce, które pokochało kwiat, przebite zostało kolcem.
Mordercze kolce, chroniące zarówno przed złem, jak i dobrem, pożywiły się krwią zabitej miłości.
Stały się potężniejsze.
Ironia losu.
Lilith
komentarze [8]...and with hope to the grave... >> wtorek, 27 grudnia 2005 11:33:10
I już po świętach...Były całkiem miłe, choć nie ukrywam, że nie odczuwałam ich magii tak jak jeszcze kilka lat temu. Z wiekiem wiele zyskujemy - doświadczenie, prawo do samodzielności, rozwijamy się ale jednocześnie wiele tracimy wraz z dzieciństwem. Choćby tę ufność, to głębokie przeżywanie najdrobniejszego wydarzenia nie mówiąc już o przeżywaniu świąt. Jednak nie chciałabym być znów dzieckiem, to co zyskałam i to co w sobie rozwinęłam jest dla mnie cenniejsze od beztroski dzieciństwa. Chcę się ciągle rozwijać, czuję w sobie jakiś pęd by wiedzieć więcej, doświadczać więcej, czuć więcej...Całe moje życie jest nienasyceniem, pragnieniem, którego nie mogę ugasić. I właśnie to pragnienie sprawia, że chcę żyć, bo tyle jeszcze do zrobienia, do zobaczenia, do poznania...Właśnie to powstzrymuje mnie przed samobójstwem, nawet gdy jest mi źle, gdy nie chcę juz żyć, właśnie wtedy pojawia się ta myśl, że tyle jeszcze przede mną i to sprawia, że ocieram łzy, wstaję i znów idę przed siebie, nawet gdy jest ciężko.
"Chociażbym nawet utracił wiarę w życie, choćbym się zawiódł na ukochanej kobiecie, choćbym doszedł do przekonania, że nie ład i harmonia, a przeklęty, piekielny chaos rządzi biegiem świata, to mimo wszystko chcę żyć! Raz przywarłszy ustami do brzegów pucharu, nie oderwę się odeń, póki nie wychylę wszystkiego do dna. (...)
Żyć chcę i żyć będę chociażby wbrew wszelkim prawom logiki. Mogę nie wierzyć w cel i porządek wszechrzeczy, a jednak drogie mi będą rozwijające się na wiosnę pączki zieleni i niebo błękitne, niektórzy ludzie i niektóre ludzkie porywy, w których wartość dawno, być może przestałem już wierzyć, a które jednak czcić muszę starym nałogiem i kocham z całego serca."
Fiodor Dostojewski "Bracia Karamazow"
Lilith
komentarze [3]...hey, wolf moon, come cast your spell on me... >> piątek, 23 grudnia 2005 16:02:25
nienawidzę udawania i hipokryzji...tak, wigilia klasowa wydaje się być czymś miłym, ale jednak jest to tylko odgrywanie przyjażni i wzajemnej życzliwości. To beznadziejne, kiedy ludzie, z którymi zamieniam może dwa zdania na tydzień nagle składają mi życzenia, uśmiechają się, przytulają...a ja na dodoatek robię to samo. Dlaczego życie każdego dnia zmusza nas do grania, do udawania, do robienia czegoś, na co wcale nie mamy ochoty? I na dodatek nic nie możemy na to poradzić...ciągle prześladuje nas ta myśl, że jeżeli nie zrobimy tego czy tamtego, to zostaniemy potępieni, odrzuceni...tak wypada, a tego nie powinnismy...i tak w kółko...to jest naprawdę męczące. Staram się wyłamywać z tego społeczeństwa, iść swoją drogą, jednak są sytuacje kiedy muszę się podporządkować. Nienawidzę ich, więc staram się unikać takich chwil, i przebywac w towarzystwie osób, wśród których moge być w pełni sobą. A w razie braku takiego towarzystwa wolę pozostać zupełnie sama, wolę samotność niż kolejne męczarnie wśród tych ubranych na różowo blondynek z którymi o niczym sensownym pogadać nie można. To były takie moje jałowe rozważania...trochę bezsensowne ale cóż...
Lilith
komentarze [5]...tarot... >> wtorek, 20 grudnia 2005 17:21:43
poprawił mi się humor...a to dlatego że dzisiaj odezwał się do mnie na gg pewien znajomy, któremu ponad 2 miesiące temu stawiałam tarota...i co się okazało? że moja wróżba się sprawdziła!!! czyli cos tam jednak potrafię w tej dziedzinie. Każda taka sytuacja, kiedy moja wróżba się sprawdza strasznie mnie cieszy i utwierdza w przekonaniu, że coś potrafię i że tarot ma sens, że powinnam rozwijać się w tym kierunku, i na pewno będę. Tarot znaczy dla mnie bardzo wiele, szczególnie kiedy stawiam go samej sobie. Pomaga mi podejmować decyzje, pomaga mi zrozumieć to, co dzieje się w moim życiu...Wierzę, że jest w nim jakaś moc, co nie znaczy że jestem od niego uzależniona i bez jego pomocy nie potrafię podjąć decyzji...Tarota trzeba traktować z szacunkiem, ale jednocześnie trzeba mieć świadomość, że jest on narzędziem w naszych rękach. Niewłaściwe podejście może powodować kłopoty...
P.S Założyłam bloga, na który będę wrzucać opisy, recenzje, fragmenty książek przeczytanych przeze mnie. adres jest w linkach, więc może tam zajrzycie? jeszcze wiele tam nie ma, ale będzie się rozwijał...
Lilith
komentarze [2]...zaklęta w marmur... >> sobota, 17 grudnia 2005 23:31:15
Czuję, że smutek przygniata mnie, wypełnia, sprawia, że czuję się taka ciężka, nie mam siły się ruszyć...Nienawidzę tych chwil, gdy czuję się owładnięta przez tą melancholię, która wysysa ze mnie ostatnie krople energii i siły. Zazwyczaj staram się dostrzegać jakiś sens w soim życiu, mieć nadzieję, ale w chwilach takich jak ta potrafię tylko cierpieć. Tak, w tym jestem naprawde dobra...w cierpieniu bez słowa skargi, w przywdziewaniu maski spokoju i obojętności, po to by nikt nie ujrzał tego ognia, który mnie pali...by nikt nie ujrzał mojego bólu...Może dlatego tak to ukrywam, bo sama sobą gardzę za to, że nic mi nie wychodzi...choć tak naprawdę to nie do końca moja wina, ja jednak zawsze pragnęłam być silna i gardzę sobą za każdą chwilę słabości, którą okazuję. Przed Adrianem też udaję, bo boję się go zrazić do siebie, boję się że kiedy odkryję przed nim swój smutek, problemy, kiedy okażę mu jak bardzo potrzebuję choć odrobiny miłości to on będzie mną gardził...Uzna mnie za słabą, zrzędliwą, beznadziejną...Z jednej strony czuję, że on by tak nie pomyślał, ale ale mimo to nie umiem zdobyć się na szczerość, może to dlatego, że sama siebie potępiam, więc myślę, że on też tak zrobi. Potrafię rozmawiać z nim o wszystkim, oprócz swoich problemów, ciągle chcę by uważał, że jestem silna...Ale zdaję sobie sprawę że przez to nie mogę się do niego zbliżyć tak jak bym chiała...On pyta "Co ci jest? Dlaczego jesteś smutna?" Ja nakładam swoją maskę i odpowiadam - To nic...po prostu taki mam nastrój dzisiaj...nieważne...Dalczego ja nie potrafię się przełamać? Dlaczego stwarzam wokół siebie mur oddzielający mnie od innych? Może częściowo to dlatego, że odkąd pamiętam, matka i siostra, gdy im się zwierzałam, mówiły mi - przestań zrzędzić! nikt nie będzie w nieskończoność znosił twojego smęcenia, musisz być silna...lub przekonywały mnie, że moje problemy są bez znaczenia...kochana rodzinka to dopiero potrafi skopać psychikę...
"Księżyc wzejdzie i znów będę mogła spać
Czekam na ten dzień
Gdy nie będę już się bać
Gdy wspomnienia świeże
Mój odpędzą koszmar
Który widzę wciąż
Wraca w każdą noc
Lustro moją twarz odbija
Lustro duszę mą zabija
Widzę, widzę wciąż
Wraca w każdą noc..."
Closterkeller
Lilith
komentarze [5]...I'm devil and I'm angel...I'm mad... >> czwartek, 15 grudnia 2005 17:35:59
ty...mój ratunek...moja ostatnia szansa na miłość...moja nadzieja...ten ból niepewności...ta słodycz...po prostu ty...
ja...bluszcz owijający się wokół twoich ramion...a już za chwilę dziki ptak ktorego płoszy każdy twój ruch...strach...pragnienie...ktoś taki sam jak ty...a jednocześnie taki inny...mój ból...moja słabość...moja dzikość...moja destrukcja...czy tego chcesz?...czy jesteś pewien że nie spalisz się w tym ogniu i że nie zamrozi cię ten lód?...
" ...spowity w cienie
Jesteś wtajemniczony w mój grzech,
Martwe sekrety, czy ważyłbyś się rzucić
Okrutne światło dnia na moją skórę ?
Czyż nie pragniesz mnie uwielbiać
Karmazynową ofiarą
Bym mogła się wyszarpnąć twemu pocałunkowi
I płakać nad nowo odnalezionym życiem ?"
Lilith
komentarze [5]...in my heart that bareless prison... >> wtorek, 13 grudnia 2005 00:05:37
Każde ograniczenie zabija moją duszę...Czuję się spętana, przeraźliwie zniewolona...Moje ciało, moje warunki życiowe, otaczający mnie ludzie, moja nieufność do całego świata...oto moje więzienie! To zabija moją duszę, niszczy moje marzenia, sprawia, że zatrzymuję się w połowie drogi do upragnionego celu...Gdy myślę że szczęście jest tuż tuż...na wyciągnięcie ręki...wtedy nagle wyrasta przede mną ściana ze szkła która sprawia, że mogę patrzeć na raj, lecz nie mogę do niego wejść...Wszystko jest ograniczeniem, nawet pragnienie wolności....Może to chore, że pragnę by moje wnętrze pozostało nieskalane tą beznadziejną rzeczywistością, by nie poddało się żadnym wpływom z zewnątrz. Wewnątrz czuję się istotą z innego świata, unoszę się nad ziemią jak ptak...Ale czemu każdego dnia coś lub ktoś próbuje mnie sciągnąć na ziemię, zabrać mi skrzydła...zawiązać oczy, bym stała się ślepa, bym widziała tylko to co według nich powinnam, a nie to, co chcę widzieć? Ja chcę latać, zostawcie mnie, nie dotykajcie...chcecie zamknąć mnie w klatce...Cóż z tego że jestem ptakiem skoro wciąż muszę uciekać? Konieczność ucieczki to też niewola...Ale lepsze to niż dać się złapać w szpony konwencjonalności, dać się związać łanćuchem bezmyslności, zostać przebitą sztyletem przez szarość dnia codziennego...nie, nie poddam się...pozostanę ptakiem...do końca...
Lilith
komentarze [6]"...myśmy błogosłwili noc i przeklinali dzień..." >> niedziela, 11 grudnia 2005 13:44:30
Zapalam kadzidło...orientalny zapach drewna sandałowego wypełnia pokój.
Wyjmuję moją talię tarota, powoli tasuję karty...Chcę im zadać pytanie dręczące mnie od jakiegoś czasu. Co On oznacza dla mnie - szczęście czy płacz, życie czy śmierć? Rozkładam karty, próbuję odczytać ich odpowiedź. Tarot mówi, że czeka mnie z nim szczęście, przynajmniej w najbliższym czasie i że bardzo mocno go pokocham...a co będzie potem? Na to pytanie tarot już nie może mi dać odpowiedzi...a nawet nie chcę jej znać. Chcę mieć nadzieję że będzie dobrze...
Ostatni wciąż miałam wrażenie, że nikt mnie nie rozumie, że żaden ze znajomych nie próbuje nawet mnie naprawdę poznać...Więc siedziałam z nimi i prowadziłam jakieś bezsensowne dyskusje o niczym. Z Adrianem jest inaczej...Przy nim się wyzwalam, zrzucam maskę, moja dusza jest obnażona a przez to bezbronna...jednak ja nie chcę się już bać...chcę żyć naprawdę...
"It's just a feeling
I get sometimes
A feeling
Sometimes
And I get frightened
Just like you
I get frightened too
But it's
No time for heartache
No time to run and hide
No time for breaking down
No time to cry
Some nights I still can sleep and
the voices pass with time and I keep
No time for tears
No time to cry
No time to be afraid of fear..."
Lilith
komentarze [1]ten wiersz jest chyba o mnie... >> wtorek, 6 grudnia 2005 15:46:04
zamieszczam tu jeden z moich ulubionych wierszy, według mnie jest piękny, czuję, że do mnie pasuje..Utozsamiam się z jego bohaterem, odnajduję w nim swoje uczucia...A wy co o sądzicie o tym wierszu? zapraszam do komentowania...
Charles Baudelaire
Głos
Kolebka moja stała gdzieś u drzwi biblioteki;
Babeluu, gdzie baśń, romans - śród mądrych ksiąg ogromu
Mieszały się, a z nimi w pyle Rzymiany, Greki;
Ja sam nie byłem wyższy od porządnego tomu.
I słyszałem dwa głosy. Stanowczy a ukladny
Szeptał jeden "Ta ziemia - to wyrób cukierniczy,
Mogę (wówczas w rozkoszy nie spotkasz tamy zadnej)
Dać ci apetyt równy powabom tych słodyczy."
A Drugi: "O, pójdź ze mną błądzić po marzeń drogach,
Za krańce możebności, w dal poza światy znane!"
Głos ten śpiewał jak wicher szumiący po rozłogach,
Jak widmo nieokreślone, nie wiedzieć skąd przywiane,
Co słodko pieści ucho, a jednak trwoży sobą.
"Jam gotów, głosie luby!" - rzekłem i od tej pory
Czuję to, co niestety! - mozna zwać mą chorobą,
Fatalnością mych losów. Odtąd poza pozory
Ogromu wszechstworzenia, w czarnej otchłani głębi,
Ja, ofiara dęczona przez jasnowidztw harpie,
Odróżniam tysiąc dziwnych światów, co się w mgle kłębi,
I wlokę z sobą żmiję, która mi stopy szarpie,
I podobny prorokom, jak ongi ci tułacze,
Ukochałem tak czule głąb morską i pustynię,
Śmieję się śród żałoby, przy ucztach świetnych płaczę
I znajduję smak zdrowy w najbardziej gorzkim winie;
Często spełnione fakta uważam za złudzenia
Lub okiem tonę w niebie, gdy spod stóp się wali.
Lecz głos szepce z pociechą "Zachowaj twe marzenia,
Piękności snów szaleńczych mędrcy nie zanali!"
Lilith
komentarze [1]