>> środa, 27 grudnia 2006 18:21:46
Przestałam się bać. Odkryłam w sobie więcej siły, tej, która pokonuje strach. Postanowiłam, że muszę coś zmienić. Nie mogę żyć w ciągłym napięciu, w przeświadczeniu, że muszę byc najlepsza, perfekcyjna, że kto jak kto, ale ja nie mam prawa do chwili słabości, błędu, czy odpoczynku. Wiem, muszę pracować, starać się, robić wszystko, żeby zdac maturę, dostać się na studia, żeby być jaka chcę i czuć się wartościowa. Ale nie mogę z tego powodu wpędzać się w paranoję. Będę sie starać i walczyć, ale choćbym nie wiem jak ciężko pracowała, nie zrobię więcej, niż jestem w stanie zrobić. Po co więc żyć w ciągłym stresie i strachu? To bez sensu. Trzeba po prostu żyć,dzień po dniu, robić, co do mnie należy, dążyć do celu, ale bez tego napięcia, bez tej paranoji...Nikt nie jest doskonały i ja tez nie będę. Nie muszę. Jest we mnie dziwny spokój, przeczucie, że wszystko będzie dobrze, o ile nadal będę szła własną, raz obraną drogą.

Rafał Wojaczek
Piosenka bohaterów II

Aż wreszcie śmierć stała się pospolitą rzeczą,
jadalną, jak gruby chleb lekkostrawną,
i w usta sobie braliśmy lekko
- kromkę rozkwitającą smakiem aż bez nazwy,

takim codziennym. I zabijano nas: rano
już wymierzano rzadką, w cienkiej zupie,
ale my smiechem nieodmierzonym
śmialiśmy się, jeszcze gdy sen w łeb tłukł obuchem.

Bo to nie była nasza śmierć tylko łaskawa
jałmużna zazdroszczącego nam świata
i wiedzieliśmy: kłamią nam w piśmie

partyjnych gazet, skorośmy, choć nieumyślnie,
w szpaltach nieba czytali a ten dziennik
wyjawiał imię prawdziwej śmierci.



Lilith
komentarze [10]

>> środa, 20 grudnia 2006 14:14:24
Nieszczęście uleczone....Znów jest dobrze. Przyjechał i spędziliśmy razem2 cudowne dni. Niewiele, ale wystarczyło, bym upewniła się, że wszystko jest dobrze. Że nic się nie zepsuło, a tak naprawdę jest nawet lepiej. Miłość...?Nie wiem. Boję się tego uczucia, bo spotkałam idealnego mężczyznę dla siebie, który jest mi najbliższą osobą, którego nie zamieniłabym na żadnego innego, ale...ale wiem, że ten związek nie ma przyszłości. Boję się tak naprawdę zakochać i postawić wszystko na jedną kartę. Cóż...przyszłość pozostaje zagadką, zamglonym przeczuciem. Nie chcę o tym myśleć. Jest dobrze, jak jest. Chcę po prostu kochać.
Wkrótce święta...Spędzamy je osobno, on jedzie do swojej rodziny w Anglii, ja spędzę je tutaj z rodzicami i bratem. Będę tęsknić, ale przynajmniej czuję spokój, bo wiem, że nie ma między nami żadnych konfliktów, żadnych nieporozumień. Możemy myśleć o sobie bez żadnych negatywnych uczuć, i to jest bardzo ważne.
Tak prawdę mówiąc, to nie czuję jeszcze świątecznej atmosfery. Kupiłam i dałam mu prezent, ale dla reszty osób już nic nie będę miała...Z prostej przyczyny - brak kasy. A zresztą, rodzice też pewnie nic mi nie kupią. Ale przynajmniej cieszę się, że zobaczę się z bratem i będę miała mnóstwo wolnego czasu, by robić to, co lubię. Dlatego cieszą mnie te święta, choć nie czuję tej specyficznej atmosfery. Może przyjdzie później, podczas Wigilii...Jak widzicie, nie mam specjalnej weny do pisania...

Lilith
komentarze [7]

"Kto kocha, musi umieć zgubić się i odnaleźć." >> poniedziałek, 11 grudnia 2006 23:19:33
Ostatnie 2 tygodnie były piekłem. Jego nieobecność doprowadza mnie do szaleństwa, zaczynam go coraz mocniej kochać i jednocześnie nienawidzieć za kolejne "Kochanie, nie moge przyjechać, w ten weekend też pracuję."Wierzę mu, bo wiem, że chce mnie zobaczyć tak samo, jak ja jego. Nie podejrzewam kłamstwa. Ale to takstrasznie bolało, po raz kolejny cieszyć się ze zbliżającego się spotkania i po raz kolejny usłyszeć "Przepraszam, nie mogę...". Do tego jeszcze doszłam impreza, na której byłam i która całkowicie popsuła moje stosunki z rodzicami. I jeszcze problem ze studniówką - kolega, który miał ze mną iść musi wyjechać i nie może ze mną pójść. Wszystko na raz. Ostatnie 2 tygodnie spędziłam płacząc, nie śpiąc po nocach, do tego się przeziębiłam i przez tydzień siedziałam w domu. Może to i lepiej, bo nawet nie miałabym siły czegokolwiek się uczyć. Leżałam więc w łózku lub siedziałam przed telewizorem, non stop płacząc. Myślałam że za chwile od tego zwariuję. W końcu nie wytrzymałam i po tych kolejnych oświadczeniach, że nie może przyjechać wykrzyczałam mu wszystko, co o tym myślę. Powiedziałam, że nie będę więcej wierzyć jeg obietnicom, że "W ten weekend nie mogę ale do końca miesiąca na pewno uda mi się przyjechać". Powiedziałam mu, że nie wiem już, czy chcę tego związku, że przestaję widzieć w tym wszystkim sens, że nie wierzę, że cokolwiek dla niego znaczę. Ulżyło mi, gdy wyrzuciłam z siebie to wszystko, co do tej pory w sobie chowałam, bo nie chciałam go zranić, bo nie chciałam zrzędzić. Ale postanowiłam, że nie będę dłużej odgrywac roli idealnej kobiety, która nie narzeka, niczego nie oczekuje, wszystko akceptuje i na wszystko się godzi. Mogę taka być, gdy wszystko jest tak, jak być powinno. Ale jak to wszystko zaczyna się sypać, nie będę milczeć i cierpieć sama, pozostawiając go w błogiej świadomości że wszystko jest super i jestem szczęśliwa. Dlatego cieszę się, że mu o wszystkim powiedziałam. I...podziałało. Usłyszałam tylko "przyjeżdżam w następnym tygodniu. Skoro nie mogę się z tobą spotkać w Warszawie w weekend, a na tygodniu ty nie możesz wyjechać, to ja przyjadę do ciebie. Biorę wolne i przyjeżdżam w połowie przyszłego tygodnia." Po raz kolejny widzę, że szczerość to podstawa związku. Dzięki niej wszystko będzie dobrze między nami, gdyby nie ta szczerość ja nadal siedziałabym tu sama i cierpiałabym, a on myślałby że wszystko ok, bo przecież zobaczymy się, gdy będę miec ferie.Tylko że nie wiem, czy po kolejnych 3 miesiącach bez niego ja wciąż chciałabym go widzieć. A nawet gdybym chciała, to już nie byłoby to samo, co dawniej. Coś by umarło.
Lilith
komentarze [7]

>> niedziela, 3 grudnia 2006 23:32:48
Ostatnio coraz mocniej czuję tę tak zwaną "dorosłość". Może późno wkraczam w ten świat, może wcześnie. Na to nigdy nie ma właściwego momentu, ten czas po prostu przychodzi. Porównując ostatnie pół roku z całym moim życie "przed" widzę ogromną przepaść pomiędzy tym, co kiedyś, a tym, co teraz. Dawne życie było takie bezpieczne...Po prostu sobie żyłam, grzeczna dziewczynka, pod opieką rodziców, dla której szaleństwo było jedynie snem, czymś odległym i nieosiągalnym...A teraz - teraz to wszystko doświadczam na własnej skórze. To, o czym dotąd tylko rozmyślałam, czytałam, rozmawiałam, oglądałam na filmach. Czuję, że jest inaczej. Zupełnie inaczej. Pierwsze samodzielne podróże, wyjazdy, hotele,pociągi, pierwszy mężczyzna w moim życiu, pierwsze powazne decyzje, pierwsze egzaminy, nowe doświadczenia, konieczność ustalenia "co dalej"...I to wszystko w tym samym czasie. Czy czuję się tym wszystkim przytłoczona? Nie. Przerażona? Też nie. Może trochę oszołomiona, w końcu wszystko dzieje się tak szybko, tyle zmian...I trochę szczęśliwa, bo w końcu mam to wszystko, o czym dotąd tylko myślałam. I to jest takie dziwne uczucie...Szczególnie, gdy widzę, że nawet rodzina zaczyna mnie traktować jak dorosłą. Przyzwyczajają się, przestają się dziwić gdy gdzieś jadę, gdy mówię o studiach, gdy planuję wyjazd z moim kochaniem...To takie dziwne uczucie. Dawniej o wszystko musiałam walczyć, o każde wyjście na imprezę, o każdy drobiazg...A teraz? Teraz po prostu mówię, że gdzieś idę/jadę, wyjasniam o co chodzi, zapewniam że będzie ok i ...po prostu to robię. Dziwny jest ten smak wolności. A jeszcze dziwniejsze jest poczucie, że każda decyzja jest taka ważna, obciążona ogronymi konsekwencjami...Konsekwencją błędu czy złej decyzji nie może już być jedynka za brak pracy domowej czy awantura z powodu późnego powrotu do domu...Teraz konsekwencją może być zmarnowane życie lub utrata czegoś ważnego...Ale pomimo tej całej odpowiedzialnośći czuję, że dobrze mi z tym...Dopiero teraz życie stało się fascynujące, ciekawe, ekscytujące i barwne...Przestało być ciągiem szarych, podobnych do siebie dni, teraz jest ciągłą niespodzianką, niepokojem i zachwytem. Teraz jest naprawdę moje, teraz naprawdę czuję, że sama je kształtuję, że jest w moich rękach. Ale nie czuję, żebym się zmieniła. Stare cele, zasady i marzenia pozostały. Różnica jest tylko taka ,że teraz je realizuję, wcielam w życie, że przestały być jedynie przedmiotem jałowych rozważań i myśli a stały się częścią mojego życia. Nereszcie czuję, że idę swoją drogą zamiast czekać.

"Przyjemność to wszystko, co robisz z entuzjazmen: może być w tym ból i cierpienie, ale to nie przekreśla tej podstawowej przyjemności, że wiesz, iz walczysz o to, co kochasz."

Lilith
komentarze [11]